niedziela, 3 lutego 2013

Oberżysta cz. 9


„Izba zamieciona, stoły wysprzątane i na nowo zastawione, kontuar w idealnym porządku. Zegar wybił godzinę dziesiątą wieczór. Fartuch na swoim miejscu. Sobota dobiega końca, jutro niedziela. Ręce wypoczęte i gotowe, ciasto wyrosło. Nadszedł ten moment w życiu Oberżysty, który co tydzień wyznacza mu rytm na kolejne dni. Jeżeli coś zaniedba to efektu nie będzie i tydzień nie będzie taki jak trzeba. Niepotrzebna nuta smutku splami jego życiorys. Tu wyznacznikiem jest ciężka praca i serce, tego nie wolno oszczędzać. Tu jest jak z dziećmi, jak wypracujemy ich początek wtedy same się obronią przed trudnym światem, tak tutaj, jak wypracuje się początek to tydzień nie będzie wyzwaniem. Ta chwila jest jego wyznacznikiem, jako gospodarza tej Austerii. Przez jej pryzmat będzie się postrzegał, a być może i inni będą go postrzegać, ale to jest mniej istotne. On zna swoją wartość i wie jak powinien się teraz zachować. Wstał, tym razem ścierka, czysta, biała i wykrochmalona zatknięta była z tyłu, za fartuch, a nie przerzucona przez ramię. Kuchnia była gotowa, wszystko na swoim miejscu. Ten moment miał coś z misterium, prosta, acz tajemnicza sztuka sprawiania, że życie brnie do przodu, że ma siłę i radość we wszystkim czego dotyczy. Dzieża, stolnica i wolno gotująca się w garze woda na piecu. Rozpoczynała się prawdziwa baśń, bez zakrętów, brokatu, czy trudnych łamigłówek. Baśń o człowieku i o tym co go napędza. Gospodarz, a właściwie jego ręce, były teraz głównymi bohaterami. Od nich i od zaangażowania ich właściciela zależało to, czy rodzina i wszyscy, którzy odwiedzali jego progi będą zadowoleni. Podczas tego spektaklu ręce Oberżysty przygotują fundament jego kuchni i dnia wszystkich jego gości. Zaczynał piec chleb.
Gotowych już było kilkanaście foremek chleba na zakwasie, w piecu dochodziły kolejne. W wielkiej dzieży gotowe do ponownego zagniecenia na bochenki czekało ciasto pszenne na drożdżach. Ten cotygodniowy proces przygotowywania podstawowego chleba na cały tydzień miał w sobie coś więcej niż tradycja. W ten sobotni wieczór gospodarz był zaangażowany całym sobą w tą zgoła prozaiczną, obecną w dziejach ludzkości od zarania dziejów czynność. Niby nic, niby to tylko chleb, chleb jak każdy inny, zwykły pszenny na drożdżach, albo pszenno-żytni na zakwasie. Oberżysta jednak tak nie uważał. Oczywiście w jego jadłospisie były też inne chleby i chlebki, czy też smakowite bułki i słodkie bułeczki, które piekł od czasu do czasu, jednakże tylko tez zwyczajny, powszedni, pieczony w każdą sobotę na cały boży tydzień miał w sobie to coś co gwarantowało ludzkie powroty do tego miejsca na ziemi. Tak, dzięki temu, że poświęcił wiele lat na doskonalenie tego wypieku, jego Austeria otrzymała solidne fundamenty.
Właśnie włożył ostatni bochenek do pieca i otarł czoło z potu, gdy usłyszał pukanie do drzwi prowadzących do głównej izby. Zarzucił ścierkę na ramię i nacisnął na klamkę, za drzwiami stała Starsza Córka wycierająca talerz i kiwająca do kogoś w stronę sali.
- O co chodzi – mruknął spośród bujnej brody oprószonej białą mąką. – Piekę teraz chleb.
- Wiem tato – odpowiedziała nie odwracając głowy i nie przerywając pucowania talerza. – Przyjechali jacyś podróżni i bardzo nalegają, by się tu zatrzymać.
- No to wołaj matkę, czy Młodszą i wydajcie im pokoje – mąka z brody posypała się na podłogę. – Nie rozumiem o co tyle szumu, nie przeszkadzaj mi dziecko – już chciał zatrzasnąć drzwi, ale latorośl zastawiła je nogą.
- Ale, tato! – niedawana za wygraną i nawet odwróciła głowę serwując ojcu gniewne spojrzenie. Nieodrodna córunia tatusia. – To jest jakaś majętna para, która na dodatek uparcie chce cię poznać.
- Majętna, srajętna. Chleb muszę upiec nie zawracaj mi dziecko głowy duperelami, bo ścierą cię.
- Tato! – stanowczość ewidentnie odziedziczyła po ojcu. – To nie są pierwsi lepsi nuworysze. Tacy nie przyjeżdżają z obstawą.
W tym momencie Oberżyście zaświeciła się mała, czerwona lampeczka, gdzieś na tyłach jego mózgownicy. Prawie wszystkie chleby gotowe leżą w koszach, ostatnia partia w piecu już przekładana, ma jeszcze chwilę na dojście. Otrzepał fartuch, ścierka w rękę, poprawił czapkę i wyszedł. Na sali, przy drzwiach wejściowych, stała para młodych ludzi, całkiem urodziwych, odzianych na bogato. Na oko gospodarza mieli najwyżej dwadzieścia parę lat, może nawet równo dwudziestkę. Wychodząc zza kontuaru chwycił wiszącą na gwoździu kufajkę, gdy przywitali się skłonił lekko głową, nie przestając się im przyglądać i zmierzać w kierunku wyjścia. Mężczyzna chciał coś powiedzieć, ale wystarczyło unieść dłoń ze ścierką, by zaprzestał. Oberżysta zarzucił kufajkę na ramiona i wyszedł na werandę. Piękne cztery kasztany, mocne okute koła, przednie materiały i zdobienia, stangret, pomocnik oraz czterech konnych i nowoczesne karabiny powtarzalne to spore pieniądze.
Gospodarz zmierzył orszak, obejrzał herb na drzwiach powozu, odwrócił się, wszedł do oberży i zamknął drzwi. Zdjął kufajkę i podał ją Młodszej. Stanął naprzeciw młodych ludzi i przypatrywał się. Mężczyzna chciał się odezwać, ale w tym momencie jedna ręka Oberżysty zarzuciła ścierkę na ramię, a druga znaczącym gestem wybiła ten pomysł z głowy mężczyźnie. Wyraźnie poirytowało to kobietę, gdyż postanowiła zakończyć tą dziwną sytuację i przejść do rozmowy.
- Przepraszam, ale…
- Po co tu przyjechaliście? – pod tym dachem, o tej porze to gospodarz zadaje pierwszy pytania.
Mężczyzna zrezygnowany postanowił poobserwować sufit głównej izby Austerii, ale twarz kobiety wyraźnie domagała się zmiany nastawienia gospodarza stosownie do proweniencji gości.
- Po pierwsze – ton domagał się tego samego – Dobry wieczór, od tego wypadałoby zacząć. Po drugie, nazywam się...
- Wiem, kim państwo są – z kolei wyraz twarzy Oberżysty nie domagał się niczego, był równie beznamiętny, jak jego ton. – Proszę mi wybaczyć stanowczość, ale to jest gospoda przy najruchliwszym gościńcu w kraju i odpowiednia postawa jej gospodarza jest jak najbardziej wskazana, a państwo raczej z jej usług korzystać nie zamierzają, chyba że się mylę.
- No nie – wyrwało się mężczyźnie, który reakcji swej towarzyszki raczej nie zauważył – my w zgoła innym celu.
- Tak, zamieniam się w słuch – nutka sarkazmu spadła na deski podłogi.
- Drogi panie – teraz rezygnacja na przemian z irytacją słyszalna była w głosie młodej kobiety. – Proponuję rozpocząć naszą rozmowę od początku. Skoro już pan wie kim jesteśmy i domyślił się również, że nie jesteśmy w podróży i skłonni do odpoczynku, przedstawię to z czym do pana przybyliśmy z mężem – ku lekkiemu zaskoczeniu pary gospodarz wskazał gościom najbliższy stolik oraz szybkim gestem przywołał córkę do siebie w celu odebrania wierzchnich nakryć. – Pańskie dobre imię, jako znamienitego gospodarza znana jest już w całym kraju oraz poza jego granicami. Wiemy, że wszyscy podróżni i goście bywający w pana progach z wielką chęcią chcą tu powrócić. Wiemy, że chwalą gościnność i jadło w Austerii, ale wiemy także, że pańskie dania nie należą do wykwintnych, tak jak w stołecznych lokalach, ani że nie jest pan typem wielce miłego i kulturalnego człowieka. Nie wiemy, jak udało się panu na bazie takich, nazwijmy to, atutów zbudować tak dobre imię. Wiemy natomiast czego chcielibyśmy z mężem od pana – na to mężczyzna wyciągnął ze skórzanej teczki plik kartek i położył je na stole przed Oberżystą. – Chcielibyśmy poznać pański klucz do sukcesu oraz rozwinąć go i rozsławić jeszcze dalej niż obecnie to dobre imię, które jest jego wynikiem.
- Krótko mówiąc – tu wtrącił się mąż kobiety – chcielibyśmy odkupić od pana gospodę i zatrudnić, jako naszego głównego szefa tutaj, czy gdziekolwiek indziej. Dzięki pana talentowi oraz naszych sprawdzonych metod osiągniemy wielki sukces. Dla pana równoznaczne będzie to z rozsławieniem umiejętności kulinarnych na cały świat, a dla nas naprawdę duży zysk. Wystarczy tylko podpisać papiery, a wszystko się zmieni i z prowincjonalnej gospody uczynimy naprawdę wyjątkowe miejsce, dzięki naszym funduszom i pańskim przepisom.
Oberżysta przyglądał się młodym krezusom i… nic. Upłynęło kilka naprawdę długich minut, a gospodarz siedział i tylko patrzył się na bogatych młodzian. Sytuacja stawała się coraz dziwniejsza i goście zaczęli kręcić się z niecierpliwości i spoglądać to na Oberżystę, to na papiery, to na siebie nawzajem, za nic nie potrafiąc zrozumieć tej przeciągającej się ciszy. W tym właśnie momencie, zupełnie jakby wyczytał ich konsternację z ich myśli, gospodarz wstał, zabrał dokumenty ze stołu i podszedł do drzwi. Goście wstali z miejsc, chyba któreś chciało coś powiedzieć, albo jedynie wykonało z tej pogłębionej konsternacji jeden z tych dziwnych ruchów, które trudno wytłumaczyć, a potrafią pojawić się niczym tik nerwowy w mało odpowiednim momencie. Tymczasem Oberżysta chwycił za klamkę i otworzył drzwi. Stanął w progu, odwrócił się w do młodych ludzi i wykonał ruch taki jakim zaprasza się ważnych gości do swojego domostwa z tą różnicą, że wybrał kierunek zupełnie odwrotny. Bogaci i szokowani stali jak wryci nie rozumiejąc sytuacji, chociaż w głębi ich umysłów zrodziła się już myśl o co może w tym dziwnym zachowaniu chodzić. Ale to przecież zupełnie bez sensu. Nie widząc reakcji gospodarz westchnął podszedł i stanął pomiędzy gośćmi, objął ich w pół i powolutku ruszył z nimi w kierunku wyjścia.
- Kochani – starał się mówić powoli, cicho i jak najbardziej spokojnie, jak tylko potrafił. – Jesteście młodzi i bogaci. Domyślam się, że odebraliście także słuszne wykształcenie od swoich rodziców, czy też od sowicie opłacanych guwernantek i prywatnych nauczycieli. Jednakże za nic w świecie nie potrafię zrozumieć, dlaczego proponujecie mi coś takiego i dam się pokroić, że pewnie wy nie rozumiecie z kolei dlaczego ja odrzucam tak wspaniałą propozycję. Dlatego powiem wam coś co może wam pomóc w zrozumieniu tej odmowy. Wyobraźcie sobie, że musicie od zera pracować na to co macie w tej chwili i jest to niesamowicie długa, żmudna i ciężka harówka. Macie już swoje rodziny, które kochacie nad życie i które odwzajemniają to uczucie. Jesteście przyjacielem dla wielu ludzi, którzy pomogli wam w trudnych sytuacjach, tak jak wy jesteście na to gotowi. Wyobraźcie sobie, że ta ciężka praca, którą wykonujecie jest też waszą miłością i odnajdujecie w niej coś więcej niż tylko sposób, by utrzymać się przy życiu na tym łez padole. Wyobraźcie sobie na koniec, że jak zrezygnujecie z tej pracy, swojej pracy to odbierzecie coś niezwykle cennego wszystkim swoim znajomym, rodzinie i sobie. Zgasicie ten płomień, który palicie wspólnymi siłami z tymi wszystkimi ludźmi. Wyobraźcie sobie tą waszą pracę, jako wspaniały dar, boski talent, który macie obowiązek używać i pomnażać dla dobra swojego i innych, a wy pakujecie go do klatki i kasujecie kasę za bilety, by inni mogli go tylko oglądać, a nie z niego korzystać. To chcielibyście zrobić ze mną. To nie jest tylko miejsce wydawania posiłków podróżnym, to coś więcej. Jak już zrozumiecie sens to wróćcie i zjedzcie ze mną po kromce świeżego i pachnącego chleba z masłem. Ugoszczę was, jak na to zasługujecie. Żegnajcie.
Na te słowa zostawił bogatych młodzian na werandzie samemu wracając do izby. Na progu odwrócił się po raz ostatni, rzucił na deski dokumenty, na ramieniu wylądowała ścierka. Zamknął drzwi.”

niedziela, 13 stycznia 2013

Oberżysta cz. 8


„Wszechwładna szarość opanowywała powoli każdą przestrzeń widocznej rzeczywistości. Niebo poddał się jej władztwu najwcześniej, teraz kapitulowała najbliższa oberży okolica z gościńcem na czele. Dlatego, że ów niepodzielnie rządził krajobrazem w zasięgu wzroku. Taka, a nie inna atmosfera świątecznego popołudnia nie napawała obecnych optymizmem. Z obietnicą ulewy widniejącą na nieboskłonie podróżni, łapiący oddech przy kubku korzennej kawy i kawałku świątecznego ciasta z bakaliami, nie potrafili dorzucić węgla do swych palenisk i energia raczej z nich uchodziła, niż tryskała w gotowości do dalszych zmagań. To co miało nastąpić, dokonało się po krótkiej, jak jeden oddech chwili, z nieba polała się woda. Najpierw nieśmiało kilkoma kroplami, potem nabierając siły narastając w niedługim okresie do rangi średniej wielkości ulewy.
Ktoś coś mruczał w końcu sali, pewnie utyskując na depresyjną aurę za oknem. Ludzie pomimo deszczu przewijali się do i ze środka, bezwiednie uwalniając ciepło, jedynego sprzymierzeńca podczas grudniowej pluchy. Ponownie ktoś z końca sali coś tam mruczał, tym razem jednak donioślej. W końcu nie każdy może tryskać humorem, gdy z ołowianego nieba leje się płynny lód prosto za kołnierz i to podczas teoretycznie wesołych świąt.
- Może pan w końcu poda mi ten zamówiony kawałek ciasta – marudzenie stało się w jednej chwili bardziej wyraziste, niż można by przypuszczać.
Oberżysta nagle został wyssany ze swej matni nad kubkiem stygnącej kawy. Tuż nad jego głową stał siwawy jegomość wsparty jedną ręką o stół. Gospodarz nie dawał jednak za wygraną i wskazał gościowi kontuar i stojącą za nim Żonę, jako najbardziej kompetentną do spełnienia jego cukierniczych oczekiwań. Wzrok następnie ponownie wrócił do obserwacji podwórza. Na taką odpowiedź klient jednak nie czekał.
- Zamawiałem kawałek świątecznego ciasta do kawy i do tej pory go nie dostałem, chociaż kawę piję już drugą – na takie eskapady w swoim lokalu Oberżysta nie mógł sobie pozwolić. Jeszcze chwila, a byle patałach z ulicy zacznie go pouczać, jak ma prowadzić swój interes. Wstał, jedną ręką podniósł z blatu ścierkę i zarzucił sobie na ramię, drugą ręką złapał za kubek niedopitej kawy. Górował nad siwawym gościem prawie o głowę, ale tamten bardziej przypominał beczułkę przedniego wina niż leciwego humanoida. Przez sekundę zastygł nad klientem serwując mu paraliżujące spojrzenie prosto w oczy, a’la „nie podoba się panu mój gulasz”, ale najwyraźniej człowiek, był jakiś taki inny, bo wcale nawet nie zamierzał przysiąść pod naporem jego psychotraumatycznego wzroku.
- Siedzę niezmiennie przy tym jednoosobowym w kącie pod oknem – bez zmieszania rzucił Oberżyście w twarz – i tym razem poproszę od razu o dwa kawałki, gdyż widzę że ten specjał wyjątkowo wszystkim smakuję. Dzięki – po tym wystrzelił prosto między oczy gospodarzowi promienny uśmiech. Ten, z kolei, bez słowa skierował się za kontuar. Odstawił kubek, pokręcił głową rozkładając ramiona, następnie chwycił za nóż i odkroił dwa wybitnie duże kawałki.
- Serdecznie panu dziękuję – takiej bomby się Oberżysta nie spodziewał, szczególnie, że w zanadrzu miał przygotowane retoryczne pytanie do klienta w stylu „co pan tu odstawia?”, po którym to z reguły tenże płacił rachunek i szybciutko zawijał się z lokalu. Tu jednak znowu dostał repetę prosto w twarz. Zastygł na krótką chwilę przy stoliku siwawego brzuchacza. – Widzę, że nie zdążył wypić pan swojej kawy, proszę – tu podsunął gospodarzowi swój parujący kubek – niech się pan dosiądzie i wypije moją, mi wystarczy to oto pyszne świąteczne ciasto.
Oberżysta, co najmniej zaskoczony, przez dłuższą chwilę nie był w stanie wydusić z siebie słowa. W dłoniach dusił tylko swoją ścierkę.
- Zaraz wystygnie panu i ta – siwy mężczyzna nie dawał za wygraną. – Chciałbym z panem porozmawiać. Nie będzie to łatwa rozmowa, nie łatwa dla pana. Dlatego wolałbym, aby pan siedział i dla bieżącego ocucania popijał tą wyjątkowo apetyczną kawę.
- Przepraszam, ale nie bardzo rozumiem o co panu chodzi – tu nastąpił moment odwieszenia się i czas najwyższy, aby zabrać głos. – O co chodzi z tą nie łatwą rozmową?
- Nie łatwą dla pana, nie zapomnijmy. Dla mnie to będzie raczej prosta rozmowa, taka jakich odbyłem już wiele w swoim życiu.
Gospodarz pociągnął solidny łyk kawy, nie bacząc na wysoką temperaturę aromatycznego płynu. Stary, siwy dziwak postanowił właśnie dzisiaj, w przeddzień Bożego Narodzenia, zawitać do jego Austerii i bezpardonowo wygadywać jakieś głupoty i nadmiar złego bezczelny grubas nie wykazuje ani krztyny respektu należnego właścicielowi gospody.
- Powinienem przeprosić za swoje dość bezczelne zachowanie wobec pana – „no i tak właśnie powinno być człowieku” – ale nie zamierzam – „że co?!?” – gdyż jestem w pracy i nie zamierzam tracić mojego bezcennego czasu na konwenanse. Przechodząc do rzeczy – ostatni kawałek świątecznego placka zniknął w paszczy grubaska – mam dla pana dobrą i złą nowinę. A w zasadzie bardzo dobrą i taką, która może być zła, bardzo zła, albo całkiem obojętna, w zależności od pańskiego nastawienia do całej sprawy.
- Do rzeczy drogi panie – irytacja Oberżysty osiągała poziom pary gwizdającej uszami – mam na sali inny klientów, a wieczerza wigilijna dla rodziny sama się nie przygotuje – na to wymięta ścierka znalazła swoje miejsce na ramieniu, a lico znacznie pochmurniało.
- Jestem notariuszem, a ściślej wykonuję ostatnią wolę człowieka, którego tożsamości nie zdradzę, a która i tak nic prawdopodobnie by panu nie mówiła – tu siwy jegomość przybrał taką pozycję, która zwiastowała dłuższy wywód, co pogłębiło obecny stan ducha gospodarza. – Istotnym, elementem tego testamentu jest pana osoba, a w zasadzie to jest pan jedyną osobą wskazaną w tym testamencie.
- O czym pan mówi? – ciśnienie potrzebowało ujścia, by nie doprowadzić do eksplozji pojemnika. – Jeżeli przyszedł pan tu po to by wygadywać jakieś głupoty to pomylił pan adres i proszę aby po uregulowaniu rachunku niezwłocznie opuścił ten lokal i raczej się tu nie pojawiał w najbliższym czasie.
- Spokojnie proszę pana. W takich okolicznościach – na te słowa klient wstał i chwycił za palto, co wyglądało niczym iskierka nadziei na lepsze dla Oberżysty – chciałbym pana prosić ze mną do mojego powozu, mam tam dla pana to z czym tu przybyłem.
Byleby człowiek, jak najszybciej pożegnał się z jego progami, gospodarz wdział swój gruby, wełniany sweter i wyszedł razem z notariuszem na podwórze. Oboje skierowali się do sporych rozmiarów, czarnego powozu, stojącego przy wjeździe na dziedziniec Austerii, zaprzężonego w cztery imponujących rozmiarów konie. Gdy tylko zbliżyli się na odległość kilku kroków z powozu wyszła para odzianych na czarno dryblasów, który wzrok ukrywali pod przyciemnianymi szkłami okrągłych binokli. Razem ze swoimi cylindrami wyglądali niczym olbrzymi, a trzeba dodać, że Oberżysta nie należał do mikrusów. Jeden z nich trzymał małą szkatułę, drugi zamykaną na małą kłódeczkę drewnianą tubę. Siwy wyjął z wewnętrznej kieszeni palta mały klucz i otworzył nim tubę. Wyjął z jej wnętrza papierowy zwój opatrzony na końcu lakową pieczęcią z zieloną wstążką. Człowiek podniósł zwój przed twarz i jednocześnie podniósł brwi w geście znaczącym tyle, że to jest cel jego przyjazdu.
- W tym testamencie proszę pana, stoi, iż będzie pan pełnoprawnym właścicielem zawartości tej oto szkatuły – w tym momencie podał dryblasowi drugi kluczyk, którym to tenże otworzył kuferek okazując jego wnętrze zainteresowanym. Uczucie irytacji mieszało się w głowie Oberżysty razem z totalnym niezrozumieniem całej sytuacji, co dało początek nowemu bardzo chaotycznemu w objawach zdenerwowaniu. Gospodarz rozłożył ręce i począł gwałtownie potrząsać głową raz w prawo, raz w lewo i z grymasem na twarzy wydawać z siebie jedynie ni to parsknięcia ni to syki. Niski grubas wyciągnął ze szkatuły jakąś kartkę i razem z testamentem podsunął Oberżyście pod nos.
- Widzi pan tę mapę – wskazał kartkę wyciągnięta z kuferka – to mapa najbliższej okolicy pańskiej gospody z wyraźnie zaznaczonym dworem i folwarkiem, o tu kilka mil na zachód. Domyślam się, że wie pan o jakiej posiadłości mówimy – gospodarz kiwnął jedynie. – Jak pan również wie dwór jak i folwark stoją już od wielu lat puste. Otóż mój mocodawca przed śmiercią wykupił tą nieruchomość i ujął ją w swoim testamencie. A w nim z kolei mowa jest o tym, że po jego śmierci stanie się pan właścicielem tej posiadłości, jak i całego pozostałego majątku mojego mocodawcy spieniężonego na potrzeby realizacji jego ostatniej woli, w kwocie stu tysięcy złotych denarów, co jako ekonom, wie pan, że pokryłoby koszty utrzymania ze stu takich gospód, jak pańska przez co najmniej dziesięć lat.
Oberżysta przestał kręcić głową i opuścił ramiona. W tym momencie zaprzestał jakichkolwiek rozmyślań i po prostu słuchał beznamiętnie człowieka.
- To wszystko zostanie na pana przepisane, jest jednakże jeden warunek – gospodarzowi uruchomiła się w głowie maszynka analityczna, by sprostać i uporządkować wszystkie te myśli, które właśnie rozpoczęły szturm na jego zwoje. Wyraz twarzy stawał się bardziej przyjazny z każdą sekundą. Perspektywa tak znaczącego zasilenia domowego budżetu była nader kusząca, pomimo słów, które miały teraz paść z ust grubszego jegomościa. – Jeżeli jest pan zainteresowany tą propozycją i jest pan gotów wysłuchać dalszej części testamentu muszę usłyszeć od pana wyraźne potwierdzenie, inaczej nie mogę kontynuować.
Maszynka analityczna została przekalibrowana z trybu porządkowania chaotycznych natłoków myślowych na tryb alarmowy, jak zawsze, gdy Oberżysta stawał się uczestnikiem rozmów dotyczących różnych nakazów, zakazów, czy też innych przepisów. Jednakże, być może przez panującą obecnie aurę, maszynka najwyraźniej się przegrzała, bo Oberżysta zaprzestał jakich kol wiek analiz i wyszukiwania ewentualnych zagrożeń. Mowa była o dużych pieniądzach i chciał to chociaż wysłuchać do końca, a nie zamartwiać się na zapas, jak Żona.
- Zamieniam się w słuch, do rzeczy.
- W porządku – kontynuował notariusz. – Przyjmuję, przy świadkach, że jest to pana zgoda na wysłuchanie dalszej części testamentu mojego klienta i przechodząc dalej informuję, że majątek, który został panu przedstawiony, może stać się pana własnością jeżeli zgodzi się pan na jeden warunek, który jest niestety w tej sytuacji konieczny – człowieczek przerwał na moment swój wywód. – Warunkiem tym jest rozwód z pana małżonką i porzucenie obecnego trybu życia oraz przyjęcie tytułu szlacheckiego po moim kliencie oraz porzucenie obecnej wiary i przyjęcie wiary mojego klienta, którą tenże uważał za jedyną. Na dokonanie tych niezbędnych czynności ma pan tydzień czasu oraz wszelką niezbędną pomoc prawną i techniczną z mojej strony. Jednakże decyzję musi pan podjąć teraz – po tych słowach jeden z dryblasów rozstawił przenośny pulpit, notariusz zaś położył na nim papier testamentu i wręczył gospodarzowi pióro, jedno z tych nowych, eleganckich piór ze zbiornikiem na atrament, zwanych wiecznymi.
Na te słowa Wszelkie możliwe maszyny, trybiki i kanały w umyśle Oberżysty zatrzymały się i zniknęły z jego umysłu. Na ich miejsce pojawiła się wielka, czerwona lampa, której światło biło niemożliwym do zignorowania blaskiem, wręcz oślepiającym. Gospodarz wpatrywał się prosto w oczy małego, okrągłego człowieka. Starał się ze wszystkich sił, aby spojrzenie miało wyraz zakłopotania, czy też konsternacji, jednakże blask czerwonej latarni był tak przemożny, że z oczu Oberżysty bił jedynie chłód nieufności, którą najwyraźniej w sposób bardzo dobitny odczuł jego rozmówca.
- Jeżeli jednakże potrzebuje pan chwili do namysłu to możemy wypić jeszcze jedną pyszną kawę – cała pewność małego notariusza jakby rozwiała się w powietrzu, na jej miejscu pozostała niepewność co do zamiarów i co najważniejsze odpowiedzi gospodarza na tą bardzo lukratywną propozycję. – Może, aby wspomóc pana wybór chciałby pan wiedzieć, że w tej szkatule jest jedynie niewielka część z tych stu tysięcy, rzecz jasna. Pozostała kwota pracuje na bardzo duży procent w jednym z najznamienitszych banków w naszym kraju. Z parę miesięcy pański majątek może ulec znacznemu przyrostowi – czarne oczka przybrały kształt półksiężyców. – Jeżeli mam być szczery, to w momencie pańskiej zgody otrzymam dość znaczną prowizję i w ramach mojej wdzięczności oferuję panu moje usługi za darmo przez najbliższy rok, jeżeli będzie pan potrzebował przewodnika i pomocnika aby wdrożyć się w świat tak wielkich finansów – obnażone w szerokim, ale chyba mało szczerym uśmiech zęby prezentowały się wyśmienicie.
Gospodarz obejrzał dokładnie stylowe pióro notariusza, po czym bez słowa schował je do wewnętrznej kieszeni kamizelki. Najwyraźniej gestu tego nie zauważył siwy mężczyzna, albo podszedł do tego zaboru w sposób obojętny, gdyż wyraz jego twarzy pozostawał niezmienny, najpewniej tkwił w nadziei pozytywnej odpowiedzi potencjalnego spadkobiercy. Daremnie.
- Chyba pomylił pan adres, drogi panie – bezlitosna, niewidzialna ręka wytarła uśmiech z lica notariusza. – Ja nie należę do tego typu ludzi co za sporą sumę pieniędzy są w stanie porzucić wszystkich i wszystko co ma dla nich wartość. Nie należę do dusigroszów, którzy dla chęci pomnożenia zysków sprzedadzą własną matkę. Nie kryję, że takie pieniądze przydały by mi się i mojej rodzinie, ale jak pan usłyszał mi i mojej rodzinie. Jeżeli sądził pan, że za takie pieniądze, że za jakiekolwiek pieniądze wyrzeknę się Boga i rodziny, którą jemu zawdzięczam to chyba się pan wczoraj urodził. Nie wiem jakim musiałbym być człowiekiem, albo raczej ludzkim robakiem, aby porzucić swoje dzieci i żonę i wyrzekając się swojej wiary przyodziać się w jakieś tam tytuły i gospodarzyć na majątku zbudowanym na nie wiadomo jakiej krzywdzie ludzkiej. Dlatego radzę panu zwinąć ten kram, schować swoich dryblasów i zabierać swój zadbany tyłek do swojej mysiej dziury. Żegnam pana, czas przygotować wieczerzę wigilijną, życzę panu wszystkiego dobrego na te święta – ścierka została przerzucona na drugie ramię, a ręce oparte o biodra. – Ach, to eleganckie pióro potraktuję jako prezent pod choinkę od pana. Do widzenia i szerokiej drogi.
W ekspresowo szybkim tempie grymas twarzy otyłego, siwego człowieka przybrał bardzo niezadowolony wyraz i cała ekipa zawinęła się wraz z testamentem i szkatułą do swojego wielkiego, czarnego powozu. Jeden z dryblasów smagnął batem i wydając donośny okrzyk pognał konie w kierunku miasta. Oberżysta zamachał na pożegnanie, poklepał miejsce ukrycia pióra i odwróciwszy się na pięcie odszedł przygotować rodzinne spotkanie na ten wyjątkowy dzień w roku.”

środa, 11 lipca 2012

Oberżysta cz. 7


„Chłopak chwycił jedno ucho od skrzyni i dziarsko uniósł w górę. Problem był z tym faktem jednakże poważny, gdyż Chłopak uczynił ten ruch nadgorliwie i nazbyt ochoczo, nie czekając na podobny ruch wykonany symultanicznie przez Oberżystę. Masa skrzyni była słuszna, toteż sińce, obtarcia i rany powierzchowne kończyn dolnych Chłopaka również słuszne były. Pojemnik okazał się wytrzymały i na szczęście gospodarza, i przede wszystkim jego portfela, nie uległ uszkodzeniu. Pomijając jednakże to chwilowe zdarzenie z pojemnikiem, jego zawartość była w tym momencie tematem przewodnim dla Oberżysty i jego kulinarnych zamierzeń na ten szczególny dzień.
Gospodarz wręczył woźnicy dwie monety, ten cmoknął i odjechał. Pośrodku podwórza stała skrzynia z dębowego drewna opatrzona tylko jedną pieczęcią w kształcie muszli przegrzebka z literą „B” pośrodku. Tuż obok stał Chłopak i z kwaśną miną masował obolałe golenie.
- Zostaw te gicze w spokoju i idź do kuchni, niech Żona przemyje je czystą wodą – na te słowa Oberżysta wskazał mu drzwi i zabrał się za swój cenny nabytek. Pakunek wyglądał naprawdę solidnie i problem Chłopaka mógł również zostać jego problemem. Kilka chwil obliczeń w myślach i Oberżysta chwycił oburącz sznurowe uszy skrzyni.
- Co pan robi, niech pan zaczeka! – do trwałego uszkodzenia kilku kręgów lędźwiowych Oberżysty na całe szczęście nie doszło. Pod ganek podjechał konno listonosz i pośpiesznie zeskoczył z siodła tuż przy cennym ładunku gospodarza. – Pan poczeka, pomogę panu, niech pan chwyci za tamto, a ja za to ucho.
Kilka stęknięć, prychnięć i sapnięć i ładunek w ciężkiej, drewnianej skrzyni znalazły swoje miejsce przy głównym stole w kuchni Oberżysty. Gruby, stalowy łom spisał się na medal w ciągu kilku sekund. Wewnątrz drewnianej skrzyni znajdowała się druga, mniejsza okuta żelaznymi sztabami, zamykana na skobel. W środku tej okutej był rzeczony skarb gospodarza Austerii, zanurzone w pokruszonym lodzie dorodne przegrzebki wprost od znajomego rybaka. Morska zawartość pachniała wodami północy, wiatr, sól i przejmujący chłód.
- Hehehe, już czas na duży garnek – w oczach Oberżysty pojawił się płomień pasji okraszony najprawdopodobniej nutą szaleństwa, przynajmniej tak zdawało się listonoszowi, który ciągle stał pośrodku kuchni w ubłoconych buciorach. – Ten naprawdę wie…
W tym momencie obraz ubrudzonej błotem podłogi dotarł do mózgu gospodarza, pokonując uprzednio drogę z oczu przez nerwy, wszędzie dokonując zniszczenia. Oberżysta uniósł głowę, spojrzenia jego i listonosza spotkały się. W jednej mikrosekundzie listonosz leżał na łopatkach, waląc rozpaczliwie dłonią o mentalną matę swego, jakże malutkiego w tej chwili umysłu.
- Korespondencja do pana – chaotyczne ruchy rąk w końcu odnalazły przesyłkę w wielkiej torbie i z drżeniem rąk listonosz wręczył list.
- Proszę zaczekać chwileczkę – twarz Oberżysty lekko wypogodniała i pocztowiec uspokoił się na ten widok, jakże to ułudne odczucie. Moment później wielka ściera zmierzała w kierunku jego twarzy. – Wiadro stoi przy zlewie, proszę posprzątać ten bajzel po sobie.
Było nie było, nie ma rady. Listonosz zamienił na tą chwilę torbę na ścierę i jął zmywać błotne ślady. Oberżysta miał reputację ugruntowaną od lat i wszyscy, a przynajmniej większość wiedziała, co mogło by się stać temu co odmawia gospodarzowi. Tymczasem ten obejrzał przesyłkę dokładnie, nie wiadomo kim był nadawca, a listonosz udawał, że nie widzi nic oprócz ubłoconych kafli. W poszukiwaniu narzędzia do otworzenia koperty poziom jego irytacji zwiększał się z każdą sekundą. W końcu w przypływie bezradności chwycił za brudny nóż do masła i masakrując papier dostał się do wnętrza. Cały ten rozgardiasz dla jednej kartki papieru. Dołożył nóż na stół, koperta trafiła do pieca, a list od przeczytania pierwszych słów stał się teraz jedyną sprawą na całym świecie. Po listonoszu nie pozostała nawet drobina brudu a podłodze.
List był zapowiedzią wizyty. Czy był powodem do radości, podniecenia przed nadejściem ważnego i szczęśliwego wydarzenia? Katalizatorem oczekiwania na przyjazd długo niewidzianego, serdecznego przyjaciela? Sądząc po wyrazie twarzy Oberżysty, braku iskry w oku – chyba nie. Gdy gospodarz dotarł do zakończenia i podpisu nadjeżdżającego gościa, odłożył papier na blat stołu i zamknął za sobą drzwi do swojego własnego, intymnego miejsca, gdzieś w najgłębszych zakamarkach umysłu.
Po upływie dwóch dość smętnych dla Oberżysty dni zapowiedziany gość stanął w progu Austerii. Został przywitany i ugoszczony przez wszystkich mieszkańców oberży, ale najważniejsza jej postać pozostał nieuchwytna, aż do wieczora. Po kolacji, gdy Żona podała gościowi kieliszek koniaku i rozpaliła w kominku przyszedł czas na to co było nieuniknione od kiedy niesławny list ruszył w drogę do swojego adresata.
- Witaj przyjacielu – głos Oberżysty ponad kontuarem przedzierał się przez półmrok izby wytrącając gościa z zadumy.
Mężczyzna średniego wieku, niewyróżniający się niczym szczególnym, obrócił się powoli i przywitał gospodarza nieśmiałym uśmiechem.
- Wiedziałem, że prędzej, czy później spotkamy się ponownie i spotkanie to nie będzie należało do szczęśliwych, ale może się mylę – zarzucił ścierkę na ramię i usiadł naprzeciw gościa. Jego postać spowijał teraz blask ognia tańczącego żwawo po palenisku dużego, kamiennego kominka.
- Szpilki i ziarenka piasku, pamiętasz? – gość wzniósł kieliszek w geście toastu i umoczył usta w trunku. Oczy gospodarza ślepo wpatrzone były w igrające płomienie. – Nie chciałem tu przyjeżdżać, ale chyba nie miałem wyboru?
- Rozumiem, że wiesz, iż twoja wizyta w tych progach jest powrotem bardzo niemiłych wspomnień, które dawno się zatarły – Oberżysta utkwił wzrok w płomieniach. – Choć jesteś moim przyjacielem na dobre i na złe, ale przez to, że tu wróciłeś złamałeś naszą umowę.
Gość upił z kieliszka i zamknął oczy. Słowa gospodarza najwyraźniej nie były mu obojętne, ale starał się ukryć swoje emocje, jakiekolwiek by teraz nim nie zawładnęły.
- Szpilki i ziarenka piasku, przyjacielu, nawet ty! – Na te słowa Oberżysta wstał i zdjął ścierkę z ramienia.
- Przyjeżdżając tutaj po tylu latach nie dałeś mi wyboru, ale to ty powróciłeś tutaj, najwyraźniej zapominając co sobie nawzajem obiecywaliśmy, co razem przeszliśmy i co w końcu powiedzieliśmy sobie w dniu, gdy stąd odjeżdżałeś – po tych słowach odwrócił się na pięcie i chciał opuścić izbę, ale gość chwycił mocno jego nadgarstek i przytrzymał w miejscu.
- Za nim stąd wyjdziesz, przypomnę ci wszystko co razem przeszliśmy, czy tego chcesz czy nie, bo najwyraźniej o tym zapomniałeś – uścisk mężczyzny był niczym ze stali i Oberżysta nie miał możliwości wyrwania się i ucieczki do kuchni. Stał w miejscu. Po chwili zaprzestał wyrywania się, a gość uwolnił go z uścisku.
- Szpilki i ziarenka pisaku. Ty mi to powiedziałeś po raz pierwszy, ty to wymyśliłeś. Nasze spotkanie, nasz wspólny interes, moja rodzina i nasza przyjaźń. Odkąd się spotkaliśmy nasze drogi krzyżowały się niewspółmiernie częściej niż normalnych wspólników w interesach, to była przyjaźń, obojętnie jak ją definiować. Mogłem zawsze na ciebie liczyć. I w końcu ja rewanżowałem ci się jak tylko mogłem najlepiej – gospodarz usiadł ponownie, twarz skryła się w dłoniach. – Pracowaliśmy razem, byliśmy młodzi, potem mężnieliśmy. To ty poznałeś mnie z tą blond pięknością, która potem stanęła ze mną na ślubnym kobiercu. Ty, nie nikt inny chciałeś być ojcem chrzestnym mojej małej córeczki. Któregoś dnia, chyba już było po zmroku, przyszedłeś do nas w wielkim pluszowym miśkiem, większym niż ty sam. Potem, tak dla przekory spytałem sklepikarza, ile dałeś za niego to mówił, że nawet nie planował go sprzedawać, bo i tak nikt by go nie kupił. Ale to nie twoje materialne zaangażowanie było tu najważniejsze. Ziarenka piasku, przyjacielu. Budowaliśmy wszystko małymi kroczkami, ty swoje i ja swoje życie, oraz ten nasz wspólny mały interes. Zawsze marudziłem i zawsze ty dodawałeś mi otuchy, kiedy się nie wiodło. Gdy nam ubyło pewnej zimy klientów mówiłeś, że są na świecie tacy, którzy budują swoje szczęście skalnymi blokami, że dostają od Boga całe wiadra błogosławieństw, ale to my czujemy ten prawdziwy smak Bożej Łaski, chociaż skapuje nam tylko po kropelce. Ciągle potem powtarzałeś, że mur zbudowany z milionów ziarenek piasku może być o milion razy mocniejszy od tego, który ma tylko kilka wielkich bloków skały. Patrzyłem na ciebie i wiedziałem, że nie jesteś zwykłym młodzieniaszkiem z palącą się głową, widziałem w tobie pewien potencjał. Mieliśmy też gorsze chwile, których doświadczaliśmy osobno, albo razem. Chociażby wtedy, gdy napadli na ciebie i miałeś złamaną nogę, gdy dopadła mają córeczkę choroba, gdy konkurencja podkładała nam świnie, gdy trąba powietrzna zerwała nam dach, a niebyło pieniędzy by to naprawić, albo kiedy chcieli niesłusznie oskarżyć cię o kradzież. Z początku nie mogliśmy się pogodzić z tym, ale potem powiedziałem ci, że to jak ze szpilkami. Mówiłeś, że ciężko nas Stwórca doświadcza, a ja ci wtedy, że wcale nie, że to tylko szpilki. Jedni muszą doświadczyć czegoś potwornego, mocnego, jak kula armatnia, czegoś co często ich łamie. Ból jest wtedy potworny na duszy i często nie można tego przetrwać. My nie oberwaliśmy kulą armatnią. My co dzień doświadczaliśmy mniejszych, albo większych szpilek. Każda nas doświadczała i stawaliśmy się przez to silniejsi. Każdego dnia. Gdyby nie te ziarenka piasku, które mi uświadomiłeś, nigdy nie doszlibyśmy do tego co teraz mamy, gdyby nie te cholerne szpilki, których musieliśmy doświadczać, każdego nawet dnia, nie byłbyś tym kim teraz jesteś i nie byłoby twojej rodziny. Gdyby nie te cholerne szpilki to nie spotkalibyśmy się ponownie teraz, bo nie przetrwałbym śmierci mej żony. Gdyby nie te cholerne szpilki nie przetrwałbyś tego co ciebie spotkało – gość odstawił kieliszek. – To te szpilki dały nam siłę, to te ziarenka dały nam nadzieję.
- Ale w końcu mieliśmy dość i rozstaliśmy się, umawiając, że więcej nie spotkamy się – Oberżysta odkrył twarz, wstał i zarzucił ścierkę na ramię."

poniedziałek, 20 lutego 2012

Oberżysta cz. 6

„- Dziękuje państwu bardzo i zapraszam ponownie w moje skromne progi – Oberżysta nisko ukłonił się wychodzącej grupce gości, lekko ściskając wręczoną mu przed momentem dość obszerną sakiewkę, pobrzękującą srebrną zawartością. Jeszcze jeden ukłon w kierunku głowy rodziny zamykającej pochód klientów, ścierka na ramię i drzwi zamknęły się ratując izbę gościnną przed hulaszczym tańcem mroźnego wiatru. Zawartość zamszowej sakiewki przeszła jago oczekiwania. Chociaż przyjęcie dla rodziny pana profesora warte było dużych pieniędzy to jednak podwójna zapłata okazała się godnym uznaniem jego kulinarnych umiejętności. A jednak ktoś potrafi docenić jego trudy w kuchennym znoju, gdy spod jego łyżki wychodzą niekiedy prawdziwe cudeńka. Wiele godzin przestanych nad buchającymi parą garnkami i patelniami rozpryskującymi gorący tłuszcz, ale wystarczyła jedna bardzo płodna w skutkach chwila i oto pojawiały się przepisy dzięki którym ma teraz tą oto Austerię. Ilość przepisów, które ma już w swoim pilnie strzeżonym kajeciku…
- Przepraszam, czy może pan nie blokować drzwi, chciałbym wejść do środka – w szparze pomiędzy skrzydłem i ościeżnicą drzwi pojawiła się mała, ale niezwykle owłosiona głowa zaopatrzona w okulary z pękniętym szkłem. Oberżysta w geście przepraszającym uniósł dłoń i odsunął się na bok. Za głową pojawiła się reszta ciała, dość mizernych rozmiarów. – Wieści na gościńcu noszone przez podróżnych wskazywały na pański przybytek, jako ten najbardziej godny uwagi dla strudzonego wędrowca takiego jak moja skromna osoba, spragnionego ciepłego posiłku, którego sam cesarz by się nie powstydził. Czy znalazłoby się miejsce, bym mógł na własny język przekonać się o tych cudach i dziwach wychodzących spod pańskiej ręki?
No niesamowite, kogo przywiało w progi Oberżysty. Albo to jakiś mocno szurnięty włóczęga albo prawdziwy poeta i w słowach i co gorsze w sakiewce.
- Oczywiście zapraszam – wskazał miejsce za ławą i począł lustrować przybysza niedużych rozmiarów. Pyszna myśl wywołana peanem okularnika została bardzo szybko wymieciona z przestrzeni umysłu Oberżysty, aby ustąpić miejsca zaawansowanej analizie stanu majątkowego owego indywiduum.
Mężczyzna zdjął szalik i palto, a swoją małą torbę przewiesił z powrotem przez ramię i położył pieczołowicie na kolanach.
- Co szanowny pan sobie życzy? – ścierka trafiła do prawej dłoni i szybkim ruchem omiotła blat przed niewysokim gościem.
- Prawdę mówiąc – mężczyzna sięgnął do torby na swoich kolanach – to nie jestem majętnym człowiekiem, ale w drodze do pewnego miejsca usłyszałem o pańskiej Austerii i postanowiłem wstąpić w pańskie progi i na własne oczy zobaczyć to co o panu mówią na gościńcu.
Oberżyście mina trochę spochmurniała na takie wyznanie. Jednakże to nie złość była przyczyną takiego marsowienia oblicza, a niepewność czego może się spodziewać po tym człowieku.
- A cóż takiego rozpowiada się o mnie w drodze, że taka ciekawość przyprowadziła tu pana? – w głosie zabrzmiał już jednak tembr zaniepokojenia. Mężczyzna jednak prawdopodobnie nie zamierzał odpowiadać na to pytanie. W zamian za zaspokojenie ciekawości Oberżysty ręka schowana do tej pory w torbie wysunęła się na zewnątrz wraz z niewielkim kajecikiem oprawionym w starą, powycieraną gdzieniegdzie skórę.
- Oprócz jednego talara i kilku miedziaków nie posiadam żadnego majątku, ale zanim zdecyduje pan co ze mną w takiej sytuacji uczynić, chciałbym aby przeczytał pan chociaż jedną stronę z tego notatnika.
Mężczyzna przesunął po blacie kajet w kierunku Oberżysty. Ręka na nim pozostała. Gospodarz kierował swoje zaskoczone spojrzenia to na kajet to na jego, zdawałby się szalonego, właściciela. Dziwne zachowanie klienta wprawiało gospodarza w coraz większe zakłopotanie i zaniepokojenie. W głowie zaczęły mu się roić wizje o kolejnym obdartusie, który przyszedł, bo mylnie wywęszył możliwość napchania brzucha za darmo. Bardzo nie lubił takich stanów emocjonalnych przed czasem zamknięcia lokalu, później było mu już z reguły wszystko jedno. Bezmajętny dziwak podsunął kajet trochę bliżej i zabrał rękę. Nastała krępująca cisza pomiędzy mężczyznami.
- Przepraszam – wypalił po chwili zarośnięty gość. – Wprawiłem pana w niemiłe zakłopotanie, stawiając w takiej sytuacji bez słowa wyjaśnienia.
Spojrzenie Oberżysty wyjaśniało wszystko to co w tym momencie działo się w jego umyśle.
- Jestem pisarzem, w wolnych chwilach poetą i dorywczo także dziennikarzem, ale jak dobrze się pan orientuje nie są to intratne w dzisiejszych czasach profesje, a ja, na chwilę obecną, nie mam nigdzie stałej posady. Dlatego moja sytuacja majątkowa jest, delikatnie rzecz ujmując, zła. Wiem natomiast jedno, i proszę mnie nie posądzać o zwykłą pychę, że moje teksty są trochę warte, ale jest jak jest.
- Dobrzeee… - bardziej onomatopeja, niż coś znaczące słowo wyrwało się z ust gospodarza.
- Kiedyś udało mi się spisać tomik poezji i po poświęceniu kilku lat pracy, powieść. Niestety, pracowałem wtedy dla jednego z większych dzienników w stolicy i gdy naiwnie łudząc się przekazałem moje prace szefostwu, aby szczerze powiedzieli mi, czy mam szansę na publikację, ci w odpowiedzi wyrzucili mnie z redakcji. Jako powód podali mi, że czas na pracę marnuję tworząc swoje prywatne piśmidła. Najgorsze jednak było to, że po kilku miesiącach odnalazłem w jednej z księgarni moje dzieła wydane przez byłych pracodawców, ale autorstwo przypisali komuś zupełnie innemu. Teraz co krok widzę w gazetach i innych publikacjach słowa mojego autorstwa przypisywane temu człowiekowi, a także innym, co jeszcze dziwniejsze – tutaj otworzył swój kajet na pierwszej stronie. – Niech pan przeczyta tylko pierwszy akapit i szczerze mi odpowie, czy te słowa to zwykły towar, czy jest to jednak coś więcej?
Oberżysta, z takim samym wyrazem twarzy, jak przed momentem, wziął do ręki kajecik, zarzucił ścierkę na ramię i skierował wzrok na pierwsze wersy rękopisu. Pierwsze kilka szybkich ruchów gałek ocznych wykonane na „odwal się”, bo niby dlaczego ma tracić czas na jakieś wypociny dziwaka. Chociaż może coś w tym jest… Po kolejnych kilkunastu wierszach sytuacja wyglądała już nieco inaczej. Jakby za tą poplątaną brodą czaił się jednak przyjazny uśmiech w miarę normalnego, niewysokiego gościa. Kolejne kilka minut lektury wiersza o znaczącym tytule „zapomnieć/nie zapomnieć” i zaczynał myśleć o swoim gościu w pozytywny sposób i już nie chciał go wyrzucić za próg swojej Austerii. Kiedy kończył ostatnie słowo, ostatniego wersu ogarnął go wstyd. Parszywe uczucie w niewyjaśniony sposób stanęło nad nim i darło się w niebogłosy, jak na jakiegoś sztubaka. Zamknął kajecik oprawiony w skórę, już gdzieniegdzie wytartą. Odłożył rękopis na ławę. Uczucie poszło sobie od niego i schował się w kominie. Teraz w głowie słyszał swój własny szept, recytujący ten sam wiersz. Wtedy przypomniał sobie, gdzie i jak. Kilka miesięcy temu widział ten wiersz w niedzielnym wydaniu znanego stołecznego dziennika, potem w innej gazecie i w końcu w jeszcze innym piśmidle, zawsze jako autora wymieniano inną osobę.
- Bez nazwiska, bez siły przebicia nie ma taki człowiek szans na to, by zostać zapamiętanym – odezwał się brodaty gość, chowając kajet do torby. – Byłem zwykłym szeregowym dziennikarzyną, bez perspektyw. Tacy jak ja nie mogą być rozpoznawalni. Na szczęście moje wiersze, chociaż skradzione, wiodą teraz o wiele lepszy żywot ode mnie – niewyraźny uśmiech całkiem na serio zaginął pośród gąszczu dawno nieczesanego zarostu.
Po raz drugi w ciągu ich spotkania nastała ta krępująca chwila, zwana ciszą, kiedy to absolutnie nikt nie ma nic do powiedzenia albo uważa, że każde słowo lub dźwięk będzie nie na miejscu. W końcu ciszę przerwał potężny huk w samym środku głowy Oberżysty. To spośród przepastnych regałów pamięci wypadła ta najmniejsza i najbardziej niepozorna książeczka i gruchnęła całą swą mocą o wytarty parkiet. Przypomniał sobie jej wstydliwą obwolutę i tym bardziej treść, kiedy to pracował za młodu jako kuchcik w najlepszym szynku w stolicy. Głupi był i młody, jak każdy młokos chciał się szybko wybić, ale dostał klapsa i teraz malutka książeczka spada zawsze z wielkim hukiem. Jego pierwszy wielki przepis, wypracowany w pocie czoła, po nocach nieprzespanych. Kiedy cała załoga gospody spała on wytrwale siekał, mieszał i gotował, aż wygotował jego pierwszy, własny przepis. Dobry był na tyle, że karczmarz podstępem wyciągnął go od niego i nazajutrz podawał go swoim gościom jako swój własny. Oczywiście przy pierwszej próbie sprzeciwu Oberżysta pożegnał się z posadą. Nieciekawe wspomnienie, generalnie kamuflował tą nędzną pozycję przed samym sobą. Głupi, młody, naiwny… On wyszedł na swoje, ale jego gość to inna bajka, tu nie ma „i żyli długo i…”. Zapuszczony, wynędzniały i bez złamanego grosza, z małym, oprawionym w wytartą skórę wyrzutem sumienia.
Ścierka szybkim ruchem ponownie omiotła blat ławy przed brodatym poetą i powróciła na zwyczajowe ramię.
- Za kubek ciepłej herbaty nie zapłacisz nic – oczy gościa wyraźnie się zaiskrzyły – ale za posiłek zapłacisz – i zgasły ponownie. – Odpracujesz dziś podczas wieczerzy, kiedy urządzę wieczorek twojej poezji dla gości mojej Austerii – iskry powróciły w oczodoły pośród krzaczastych brwi.”

poniedziałek, 13 lutego 2012

Garnek prosto z miasta cz. 6

Oto bohaterowie najbardziej gorących rytmów nad Odrą
Od lewej: Marcin, Piotr, Leszek, Rafał i Andrzej - EXPLOSAO DO SAMBA

"arte ingenua PRODUCTION" apresenta, czyli...